Dziwak_jakich_mało

 
Rejestracja: 2015-01-20
Bób, hummus, włoszczyzna.
Punkty72Więcej
Następny poziom: 
Ilość potrzebnych punktów: 128
Ostatnia gra

Kłamcy będą płonąć w piekle

2015-10-10       
Marcin Król
 
10.10.2015 01:00
A A A Drukuj
Prof. Marcin Król

Prof. Marcin Król (fot. Adam Kozak/Newspix)

Jeżeli sądzimy, że "prawda nas wyzwoli", to kłamstwo nas zabije.

Porzućmy partie polityczne i beznadziejne spekulacje, kto wygra i jaki będzie rząd. Pomyślmy o obecnej sytuacji Polski w świecie, w domu i o zagrożeniach, z którymi musi poradzić sobie nowy rząd. Z tego - zostawiam już czytelnikom to zadanie - można wywnioskować, na kogo głosować.

Najważniejsze zadania to rozwiązać zbliżające się problemy i przetrwać kryzys polityczny (wojna), wiszący nad nami w całym zachodnim świecie kryzys gospodarczy oraz kryzys demokracji takiej, jaką znamy i jaka jest przedmiotem - słusznych skądinąd - ataków. Poza tym musimy przerwać spiralę kłamstwa (to już polska sprawa), która schodzi w dół i niszczy nie tylko politykę, ale także stosunki międzyludzkie na wszystkich poziomach, łącznie z towarzyskim. W równie dramatycznym momencie nie znajdowaliśmy się bardzo dawno.

Polityka w ruinie



Wojna - ani trochę nie histeryzuję - jest na wyciągnięcie ręki. Naturalnie, będą trwały rozmowy i ataki samolotowe na razie daleko od nas, ale to się może zmienić w każdej chwili, tym bardziej że świat nie bardzo wie, na czym skupić uwagę: na Ukrainie czy na Bliskim Wschodzie, co może spowodować, że nastąpi kompletne pomieszanie porządków. Wojna powoduje wszędzie migrację, z którą - jak już wiemy i dowiemy się jeszcze znacznie bardziej dotkliwie - nikt nie wie, jak sobie poradzić. Dotychczasowe, a tak w Polsce krytykowane, pomysły Unii Europejskiej to drobiazg w porównaniu z tym, co nas czeka. Wreszcie nie tylko odwykliśmy od wojny, ale także nie umiemy nawet myśleć w kategoriach wojny. Na Zachodzie robią to tylko Stany Zjednoczone, i to nie zawsze udatnie.

W naszym rozkosznym, cywilizowanym świecie idea wojny, zabijania wroga i śmierci na wojnie mają charakter czysto teoretyczny. To zapewne dobrze, ale okaże się, czy nie fatalnie. Bez względu na stopień napięcia i charakter toczącej się wojny polski nowy rząd będzie musiał niesłychanie roztropnie poruszać się w tej niewiarygodnie zawiłej sytuacji. Nie ma prostych rozwiązań, a rola Polski i jej dyplomacji będzie bardzo istotna. Nie schowamy głowy w piasek, bo piasku nie ma.

*** 

Ponadto tylko zidiociali optymiści mogą sądzić, że jesteśmy już po kryzysie gospodarczym i społecznym. Przecież nic nie jest stabilne. Nie tylko Grecja, ale też wiele innych państw, łącznie z Polską, gdyby ruszyła lawina. A jak doskonale wiemy, do tego wystarczy czasem jeden krok, jeden kamyk. Musimy czuwać nad gospodarką, chuchać i dmuchać, żeby się rozwijała, i zarazem dbać o rezerwy na ewentualne ciężkie czasy. A to oznacza, że nie pora na wielkie zmiany systemu społecznego, gospodarczego, emerytalnego i wielu innych dziedzin. Rozważne trzymanie się tego, co jest, i przygotowywanie zmian - to jest dowód rozsądku. Wiemy, że wiele trzeba zmienić, ale nie robi się remontu, kiedy zbliża się - być może - huragan.

Stawką w tych wyborach będzie zatem nie tylko umiejętność znalezienia się w sytuacji wojny, ale także rozsądne inwestowanie pieniędzy, tak by ich nie stracić i nie zabrać przyszłym pokoleniom. To, że Polska, także dzięki politykom, względnie dobrze przeszła przez niewielki w istocie kryzys lat 2008-11, nie znaczy, że równie łatwo uda się dać sobie radę z dużo większym kryzysem, który jest po prostu nie do uniknięcia. Podobnie jak odwykliśmy od wojny, odwykliśmy od nędzy, hiperinflacji i innych konsekwencji kryzysu. Żaden rząd z takiego kryzysu nie wyjdzie całkowicie obronną ręką, ale można minimalizować jego skutki, jeżeli się ma pieniądze w budżecie. Obietnice przedwyborcze niektórych partii są zatem nie tylko iluzoryczne, ale także niebezpieczne, bo partie te nie myślą w ogóle o ewentualności kryzysu. Ich politycy zachowują się jak ślepe i głuche dzieci we mgle i w nocy.

*** 

Wreszcie - zagrożona jest demokracja, i to podwójnie. Stawką w tych wyborach będzie jej utrzymanie i wzmocnienie, a nie osłabienie. Demokracja w całym świecie demokratycznym przeżywa poważny kryzys. Nie pora go analizować, robię to w innym miejscu ("Pora na demokrację", Znak, 2015). Wszystko się chwieje: idea wyborów powszechnych, idea reprezentacji, idea obywatelskiej siły i bezsilności, idea równości, idea sprawiedliwości oraz idea polityczności, bo politycy wszędzie w zachodnim świecie nie cieszą się ani szacunkiem, ani zaufaniem.

Dlatego pewną moją sympatię budzą nowe partie na polskiej scenie politycznej, jak Partia Razem czy ugrupowanie Ryszarda Petru, a fenomen Kukiza rozumiem, chociaż go nie popieram. Polacy są niewiarygodnie znudzeni całą dotychczasową polityką i nie ma to prawie żadnego związku z osiągnięciami czy sensownymi programami istniejących od dawna partii. Wszyscy jesteśmy znudzeni, a nuda w polityce jest niesłychanie niebezpieczna, z nudy w historii wynikały różne straszne rzeczy (jak I wojna światowa).

Ponieważ jednak nie przyjedzie do nas cyrk i nas nie rozbawi, musimy mimo nudy wybierać te ugrupowania, które nie chcą podważać demokracji ustrojowej. Trzeba będzie ją zmienić, ale z czasem zrobi to lud, a na pewno nie politycy. Drobiazgiem są idiotyczne spory o sześciolatki, wielka groźba wisi nad państwem, w którym jedno ugrupowanie chciałoby zmienić konstytucję.


Dlatego stawką jest na razie podtrzymanie istniejącej demokracji. I z tego punktu widzenia za nieodpowiedzialne uważam wystąpienia, które tego nie uwzględniają (także kilka dni temu w "Wyborczej" tekst Jarosława Kurskiego, który napisał wprawdzie o niebezpieczeństwach zmian konstytucyjnych, ale dał też PiS-owi wolną rękę: niech pokaże, co potrafi).

Nie wolno pozwolić na legalne zmiany w podstawie prawa, którą jest konstytucja, tym bardziej że nie jest najgorsza, chociaż wspiera nieudolną demokrację. Ale to jest - powtarzam - fenomen światowy. Stawką jest zatem istniejąca demokracja i gwarancja, że nikt nie będzie chciał jej zmieniać, a co najwyżej nastąpią drobne poprawki. Na zasadniczą rozmowę o demokracji przyjdzie pora w czasach spokojnych i bezpiecznych.

*** 

A teraz spróbujmy opisać zupełnie inną sprawę, która stanowi także o wysokiej stawce tych wyborów. Chodzi o kłamstwo. Nie mam na myśli naszego codziennego kłamstwa politycznego. Zapewne, chociaż nie ma się z czego cieszyć, kłamania, zatajania, upraszczania do granic rozsądku rozmaitych spraw nie da się uniknąć i kłamstwo w polityce w niewielkiej dawce - w tym rozumieniu - jest stare jak świat. Przywykliśmy do tego, jak przywykliśmy do przesadnych obietnic przedwyborczych i tego, że potem nie da się ich dotrzymać. To jest pewna norma, chociaż podła norma.

Jednak zupełnie czym innym jest kłamstwo polegające na zaprzeczaniu oczywistym i uznanym faktom. Na przykład na stole leżą trzy jabłka, widzimy je obaj ze znajomym. Wychodzimy z pokoju, a on mówi, że tam było pięć jabłek albo jedno.

Takie kłamstwo niszczy wszystko. Od przyjaźni, porozumienia, możliwości debaty, po tkankę społeczną i wreszcie po styl, treść i skutki rządzenia. Jeżeli kłamać można nawet wtedy, kiedy dotyczy to spraw, które są do policzenia, jak te jabłka na stole, to kłamać można zawsze i przy każdej okazji. Politycy, którzy tak kłamią - a już czytelnikom zostawiam ocenę, kto tak kłamie - są gorsi od internetowych nienawistników, czyli hejterów. O niebo gorsi, bo prywatny podlec, który mówi ohydne rzeczy, to pestka w porównaniu z publicznym kłamcą.

Nie mam nadziei na wyeliminowanie z polskiego życia publicznego wzajemnej nienawiści, chociaż nienawistnik jest także człowiekiem złym. Ale ten, kto "mówi fałszywe świadectwo", będzie płonął w piekle po wsze czasy. Jednak to nie zmieni tego, że obyczaj kłamstwa bezwzględnego się upowszechnia. Oto na zebraniu akademickim osoba, z którą coś ustaliłem, mówi potem, że nie ustaliłem. Amerykanie nazywają ten rodzaj sporu "he said, she said". Docieramy w ten sposób do granic ludzkiej przyzwoitości, a po ich przekroczeniu czyha na nas pustka aspołecznych zachowań. Człowiek człowiekowi staje się wilkiem. Wychodzimy, innymi słowy, jak pisał Tomasz Hobbes, ze stanu społecznego, który polega na dotrzymywaniu umów, do stanu wojny wszystkich ze wszystkimi.

Kolejnym krokiem jest zdeprecjonowanie kłamstwa politycznego. Przecież to już się stało. Ludzie publiczni mówiący sobie w telewizji "pan/pani kłamie" w ogóle się ani swoimi słowami, ani reakcją oskarżonego o kłamstwo nie przejmują. Ponieważ ja się przejmuję, to bym dał w mordę - ale czy można stale wszystkich bić po mordzie? Czy to jest nasze idealne społeczeństwo?

Za zdeprecjonowaniem idzie przywyknięcie, przyzwyczajenie do kłamstwa. I tak, że "wszyscy kłamią", uważa kolosalna część polskiego społeczeństwa i nie widzi w tym niczego zdrożnego. Więc kiedy wszyscy kłamią, to dlaczego ja mam nie kłamać? - coraz częściej myślą ludzie. Po tej równi pochyłej szybko zdążamy ku przepaści.

Stawką zatem w tych wyborach jest poważne zmniejszenie roli kłamstwa radykalnego i bezwzględnego w polityce. Jedno takie kłamstwo powinno w naszych oczach sprawiać, że dany kandydat polityczny przestaje dla nas istnieć, przestaje się liczyć. Kandydat czy partia polityczna.

Musimy więc roztropnie zagłosować. Albowiem, jeżeli sądzimy, że "prawda nas wyzwoli", to kłamstwo nas zabije.

Marcin Król
Ur. w 1944 r., filozof, historyk idei, działacz opozycji w PRL-u. W tym roku wydał książki 
"Byliśmy głupi" i - w ostatnich tygodniach - "Pora na demokrację".

źródło: http://wyborcza.pl/magazyn/1,148434,18999662,klamcy-beda-plonac-w-piekle.html